![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
girri bloguje...2011-12-10 14:45:0912 Święta. Kojarzą mi się z choinką, Polską, postną wieczerzą, bólem kręgosłupa, kolędami śpiewanymi zdławionym głosem i ze łzami w oczach. Z bombkami, kupionymi na pierwszą własną choinkę, kosztowały mnie fortunę w Cepelii, ale mam je do dziś. Ze światełkami, w ilościach hurtowych, z kolędami śpiewanymi przez Mazowsze, odbijającymi się echem od ścian pustego mieszkania. Z zapachem Calvina Kleina, Eternity oraz z Hamburgiem, Harriet, angielskimi kolędami - "Joy of the world" - pieczeniem gwiazdek cynamonowych, lukrem z białek, rożkami waniliowymi, chowaniem ciastek po kątach, żeby rodzina nie wyżarła. Ze świątecznym obiadem w Rheine i świecami, które mamy do dziś. Z potwornie mroźną zimą w 2009 i w 2010 też, z puddingiem świątecznym, któremu udało się wyprzedzić kurczaka w moim żołądku, mimo, że kurczak był tam pierwszy, ale pudding opada raptownie i nieodwołalnie, na szczęście nie przebijając ściany żołądka (choć kto wie, może...). Z czym skojarzą mi się w tym roku Święta Bożego Narodzenia? skomentuj (0) 2011-07-24 21:26:22 11 http://theburninghouse.com/ zaglądam na tego bloga od 2 tygodni i dalej nie wiem, co wyniosłabym z płonącego domu. I czy w ogóle bym z niego wyszła. skomentuj (0) 2011-07-16 18:24:04 10 No to się, kurza twarz, przeziębiłam. Przez 3 dni byłam przekonana, że w biurze jest klima (przeziębiona wróciłam już we wtorek wieczór), w piątek dowiedziałam się, że nie, to budynek jest takich zimny. Chodzę więc ubrana na cebulę, no bo w biurze zimno, na dworze w porywach gorąco, jak tu wykombinować. Oraz dziś mam też gorączkę, cholera. Nici z zakupów i sprzątania, chociaż pranie zrobię. Mam poważne podejrzenia, że to przeziębienie ma duży mianownik wspólny z podekscytowaniem nową pracą (w porządku jest). A John ma przyznane sfinansowanie przekwalifikowania! Kamień mi z serca tym samym. skomentuj (2) 2011-07-09 12:10:11 9 Wzruszyłam się wczoraj, dostałam butlę Jima Beama ze szklaneczkami do whisky - w podziękowaniu za dobrą współpracę przez ostatni rok, od OSK z którą robiłam egzaminy... byłam kompletnie nieprzygotowana i nic nie miałam, bo w czwartek myślałam tylko o skończeniu korekty wieczorem i pakowaniu, co zabrać, co zostawić. Mama pożegnała mnie słowami "to do zobaczenia w przyszłym roku!". Wkurza mnie trochę, że nie wierzy, że będę przyjeżdżać, żeby ją odwiedzać. No nic, trzeba będzie udowodnić zamiary czynami, nie słowami. Machnęła tylko ręką, że nie zabieram pościeli (jestem uczulona na kurz i roztocza, a mama ma w domu tylko pościel z pierzem) - machnęła ponowie ręką na mój argument, że jeśli przyjedziemy oboje, to będzie jak znalazł. I pościel i kołdry :) acz ten cholerny tapczan jest tak niewygodny, że masakra. Co się dziwić produktowi PRLu z ponad 51-letnią historią... wystające sprężyny i zapadnięte doliny, dziwne, że spałam na nim aż tyle lat - łącznie 8 lat, wliczając ostatnie 16 miesięcy. Coraz częściej udaje mi się łapać samą siebie na chodzeniu ze zwieszoną głową - i koryguję to. Zadziwiające, jak potrafi się zmienić tryb myślenia, jeśli nie wbija się wzroku w podłoże, od razu wszystko się trochę rozjaśnia. Powiem wam, że jestem śmiertelnie przerażona zmianą. Co nie oznacza, że cofnę się do tego, co miałam - albo, że zacznę żałować, że wogóle je rozpoczęłam. Teraz jest czas na spełnianie życzeń z zeszłego roku - rodziny i spokojnego życia w Berlinie, dobrej, satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy w Berlinie (tak, oprócz etatu będę kontynuować tłumaczenia i na pewno będę zdawać egzamin na przysięgłego w Niemczech!), nowego, pięknego mieszkania z dużym balkonem. Spełniania drobnych marzeń i sprawiania sobie przyjemności. Dużo mnie ten ostatni rok nauczył - przede wszystkim cenienia tego, co już mam - i cieszenia się z tego, co dostaję :) skomentuj (2) 2011-07-07 18:49:22 8 Jakoś dziwnie mi. Jestem ostatni raz na regularnych zleceniach, siedzę u mamy w moim "panieńskim" pokoju, pracuję nad tłumaczeniem i z jednej strony bardzo mi się mordka uśmiecha na samą myśl, że będę tu przyjeżdżać tylko po to, by mamę odwiedzić (może jakieś zakupy też...), ale... no właśnie, jakiś smuteczek jest głęboko w środku. Bo teraz to już się dzieje naprawdę. Emigracja całkowita. Najprawdopodobniej będę musiała zrezygnować z polskich liter w nazwisku (acz zachowam w podpisie). Niby mała rzecz, ale również hmmm jakoś definiuje moją polskość... że też Angole takich rozterek mieć nie muszą! Dopiero te literki do mnie do końca przemówiły. Nawet nie dzisiejsze najnowsze wieści z dziedziny moich dotychczasowych zleceń w PL, bo wygląda na to, że naprawdę w ostatniej chwili wychodzę. Acz to nie ja będę gasić światło, ufff... mam zdolności do takiego kończenia. Poprzednia praca tak została skończona, na takiej samej zasadzie pojechałam z ogólniakiem, szkołą pomaturalną i studiami. Dziwne. Czekam do ostatniego momentu, chwytam co się da, pakuję zysk do kieszeni i zabieram się bez żalu. Jakbym podświadomie wiedziała, do jakiego momentu odczekać, żeby z jednej strony zyskać, a z drugiej nie stracić. Teraz zaś proszę mi bardzo mocno kciukać w środę o dziewiątej rano! Ktoś dostał zawiadomienie o terminie :) skomentuj (0) 2011-07-04 11:13:33 7 W poniedziałek 11.07.2001 wraca z urlopu moja przyszła szefowa i dogadamy się co do rozpoczęcia okresu próbnego :) ja bym chciała już od przyszłego wtorku! Stawka za okres próbny ustalona (ma trwać tylko 4 tygodnie), potem umowa z pełnym ubezpieczeniem, jej doradca podatkowy ma mi pomóc w wyborze kasy chorych itp. Co najważniejsze, przystała na moje warunki finansowe - a ja w trakcie negocjacji mało co palpitacji nie dostałam, bo poszłam po bandzie ze stawką. Znaczy, poszłam po bandzie mojej wyobraźni, najpierw i tak zorientowałam się, ile to osobista astystentka zarabia w zależności od wielkości i rodzaju firmy :D tak, stwierdziłam, że sprzedam się drogo, przecież nie będę zaniżać własnej wartości (kochana Xym, dzięki za trening w tej sprawie!). W tym tygodniu jadę po raz ostatni do PL. na zlecenia, już przekazałam wszystkim bezpośrednio zainteresowanym i załatwiłam zastępstwo koleżance w trakcie urlopu (bo ma urlop od 10 do 17 lipca, ja miałam brać terminy w tym czasie) - będzie taki jeden nasz znajomy tłumacz, szkoła powiadomiona, ja mogę zaszaleć tu. Wybór miałam z 3 stanowisk, z czego na 2 praca zaczynałaby się w sierpniu - więc mam czas, żeby spokojnie się rozasystować przez miesiąc i zobaczyć, jak mi to pasuje - i jak ja pasuję szefowej oczywiście, obydwie strony muszą być zadowolone. Już mi się mordka śmieje na myśl o dress code, torebki zamiast plecaka i spódniczki zamiast dżinsów! Tymczasem w mieszkaniu po tygodniu moich rozmów kwalifikacyjnych i wyjeździe do PL jest taki burdel, że nie wiem, od czego mam zacząć sprzątanie. Nie wiadomo zresztą, dlaczego - w weekend nas nie było (przemokłam kompletnie w sobotę, wczoraj było już o wiele lepiej), w Poczdamie znowu był festyn zakładów miejskich - zaprosili Selig, Zucchero, Simple Minds, Kim Wilde i Robina Gibba z Bee Geesów... koncert darmowy, jak w zeszłym roku. John zakochany od szczenięcych lat w Kim Wilde przecież by nie przepuścił takiej okazji :) Spadam do sprzątania, nikt mi nie będzie przeszkadzał, bo John ma dziś dzień próbny jako kurier. Jeśli mu się spodoba i Urząd Pracy da zielone światło (bo cały czas czekamy na decyzję w sprawie przekwalifikowania, lekarz dał swoje błogosławieństwo w tej kwestii), to przed nim 2 tygodnie okresu próbnego i potem umowa. A dzięki temu, że oboje będziemy pracować, będzie można w końcu pomyśleć o przeprowadzce z obecnej prowizorki. skomentuj (2) 2011-06-28 13:22:52 6 Mój budzik postanowił dziś, że nie ma ochoty budzić mnie na rozmowę o pracę - był nastawiony na 7.00, obudziłam się o 7.30, budzik natomiast zabimbał o 8.00, cholera jedna. Jedna rozmowa za mną, dalsze jutro i pojutrze. Proszę kciukać nadal :) skomentuj (8) |
|